80 rocznica tragedii Górnośląskiej (1945) (część 3)
W tomie III pracy dr Dariusza Węgrzyna „Księga aresztowanych, internowanych i deportowanych z Górnego Śląska do ZSRR w 1945 roku” wydanej w 2021 roku, pośród 46 202 nazwisk znalazłem też swoje nazwisko:
„Sztojer (Stojer) (Steuer) Józef syn Franciszka urodzony 1906.08.16 w Pietrowicach Wielkich, zamieszkały w Zabrzu, internowany przez NKWD 1945.02.12, deportowany do ZSRR, zmarł 1947.04.16, batalion roboczy nr 1214 Kriworożje [Krzywy Róg], kopalnia „Kriworożje”, miasto Brianka, zmarł z powodu wyczerpania organizmu, świadek zgonu: Franciszek Klüser.”
Natomiast z metryk kościelnych możemy się trochę dowiedzieć o jego przodkach.
Ojciec Józefa, Franz Steuer urodził się w 1882 roku w Pietrowicach Wielkich. Był krawcem. Ożenił się z Anną Posmik (prawdopodobnie o przydomku Marek z Małej Strany) w 1905 roku. W Pietrowicach urodziła im się czwórka dzieci: Paul-1905, Josef-1906, Johann-1907 i Marie-1909. W 1910 roku Franz jest zanotowany w Zabrzu jako krawiec (Schneider). Zapewne tam się rodzina przeprowadziła. Jego żona Anna zmarła w Zabrzu w 1956 roku.
Głębsze poszukiwania genealogiczne pozwoliły ustalić, że jest to mój daleki krewny. Naszym wspólnym przodkiem jest krawiec Christoph Steuer (1710-1762) urodzony i zmarły w Pietrowicach Wielkich. Miał on ośmioro dzieci: Lorenz, Franz, Thomas, Margaretha, Andreas, Marina, Magda i Leopold.
Syn Lorenz (1740-1823) dał początek linii Steuer, na końcu której w 1956 roku pojawił się Brunon. Przede mną pojawili się jeszcze Paweł (1928-2023 - mój ojciec), Leonard (1897-1945 - mój dziadek), Joseph (1867-1937 - mój pradziadek), Viktor (1835-1896 - mój prapradziadek), Matias (1805-1886 - mój - praprapradziadek), Victorin (1764-1832-mój praraprapradziadek).
Natomiast syn Christopha Steuer – Leopold (1749-1829) dał początek linii Steuer, na której w 1906 pojawił się Józef Steuer (1906-1947) zmarły tragicznie w obozie w Rosji. W sztafecie pokoleń uprzedzili go: Franz (1892-?, ojciec), Simon (1837-1923 - dziadek), Valentin (1807-1838 - pradziadek), Vitus (1780-1840 - prapradziadek).
Wszyscy noszący nazwisko Steuer (Sztojer) (Stojer) w Pietrowicach to rodzina, bliższa lub dalsza. Były kościelnik Józef Steuer to mój III kuzyn.
Takie genealogiczne poszukiwania są w prosty sposób możliwe dzięki stronie internetowej – ortsfamilienbuchGrossPeterwitz.de którą opracował Jan-Owe Zimmer z Berlina. Znajdziemy to również na stronie - grosspeterwitz.de prowadzonej przez Lukasa Kubiczka. Tam jest to pierwsza pozycja w kolumnie znajdującej się z lewej strony na „Startseite”. Nie trzeba zaglądać do oryginałów metryk kościelnych na farze.
Bruno Stojer
80 rocznica tragedii Górnośląskiej (1945) (część 2)
Druga osoba nie wymieniona w opracowaniu IPN to Alojzy Skerhut (Schebesta), (1904 - 1986) gospodarz z Welkej Strany. Jego żoną była Marta Kroker (1915-1971) z Suchej Psiny. Ślub wzięli w 1936 roku.
Już jego ojciec Robert Skerhut (1866-1925) prowadził dobrze prosperujące gospodarstwo. Mieli pierwszy traktor we wsi. Tym traktorem (firmy Deutz) Alojz codziennie woził w konwiach mleko od pietrowickich gospodarzy do mleczarni w Kietrzu. Konwie były zabierane codziennie rano z dwóch podestów: jeden znajdował się koło Kitla na Końcuwsi a drugi za starą remizą strażacką na ul. Szkolnej.
Robert i Franciszka mieli dziewięcioro dzieci. Jeden syn i jedna córka nie doczekali pierwszego roku życia. Wszyscy synowie: Franz ur.1895r., Johann ur.1899r., Alojz ur.1904r., Wilhelm ur.1908r., co było rzadkością na wsi śląskiej, zostali posłani do szkół ponadpodstawowych.
Franz przed wojną wyjechał do Berlina, tam poznał przyszłą żonę, był profesorem na wyższej uczelni. Johann został nauczycielem w Grzegorzowicach. Alojz ukończył prawdopodobnie gimnazjum w Głubczycach. Po wczesnej śmierci ojca został jednak na gospodarstwie.
Pod koniec stycznia 1945 roku jego żona Marta z córkami Alicją i Waltraudą, podstawionym specjalnym pociągiem, ewakuowali się na zachód Niemiec (jak i większość mieszkańców). Na gospodarstwie został Alojz, jego siostra Maria Skerhut, a pomagał im sąsiad, młodzieniec Paweł Sobola.
Pod koniec marca Alojz wywoził na przyczepie swoim traktorem pozostałą jeszcze ludność cywilną na pociąg do Opawy.
W Wielki Piątek w godzinach rannych 1945 roku Pietrowice zostały zdobyte przez Rosjan. Rozpoczęły się ich rządy. Alojza Rosjanie wzięli z łąki na Podraczaniu, po donosie „życzliwej” osoby, że przed frontem zawoził swoim traktorem ludzi na pociąg do Opawy.
Alojz trafił do Murmańska, gdzie pracował przy obróbce ryb na morzu i na lądzie. Było tam ciągle zimno i ciemno (strefa podbiegunowa). Warunki żywieniowe były takie, że zęby mu same wyleciały. Z petrowskich w Murmańsku byli jeszcze: Józef Mende, Jerzy Wieder, Alojz Pientka, Wilhelm Burda.
Wrócił z Rosji po dwóch latach, gdy tam poważnie zachorował. Przeżył drogę powrotną i pojechał prosto do Rösradt koło Köln, gdzie przebywała jego żona z córkami. Tam zrobił drugie prawo jazdy i jeździł ciężarówką.
Jednak jego żona Marta bardzo nalegała by powrócić do domu do Pietrowic. Tak się stało w 1948 roku. Powrócili razem z innym zesłańcem Józefem Mende.
Zachował się dokument Alojza z obozu w języku rosyjskim.
W Pietrowicach czekała ich niemiła niespodzianka - na ich gospodarstwo w 1945 roku został przydzielony polski osadnik - rodzina Mikołajczyk. Nowa rodzina mieszkała na parterze domu, a w giblu mieszkali: siostra Maria, Paweł Sobola i od 1948 roku rodzina Alojza Skerhut.
Z humorem wspomina się historię z zegarem, który został na parterze. Jako, że siostra Maria pracowała w pietrowickiej roszarni, to rano schodziła na parter wołając:
„Wela je hodzin, bo jo musim iść do roboty do flaksowni”.
To ciągłe wołanie stawało się uciążliwe i zegar został zwrócony rodzinie.
W 1952 roku rodzina Skerhut złożyła papiery na wyjazd stały do Niemiec. Zostało to jednak odrzucone, a do Gródczanek przeprowadziła się rodzina Mikołajczyk, z którą rodzina Skerhut utrzymuje dobre kontakty do dziś.
Alojz do końca życia lubił czytać książki. Jego wnuk miał w szkole przeczytać lekturę „Krzyżacy” Henryka Sienkiewicza. Jakoś nie miał ochoty i książkę w języku niemieckim przeczytał za niego dziadek. Potem opowiedział ją wnukowi, który za tę lekturę w szkole otrzymał czwórkę.
Starszemu pokoleniu Alojz znany jest jako długoletni uczestnik procesji konnej.
Najstarszy przedstawiciel rodu znaleziony w metrykach to Vitus Skerhut (1713-1772). Auch genannt Vitus Schebesta(też znany jako Vitus Schebesta).
Bruno Stojer
Siostra Dominika Jadwiga Weiner (1934-2026)
Siostra Dominika Jadwiga Weiner urodziła się w 1934 roku w Pietrowicach Wielkich na Zawodziu.
Była trzecim z siedmiorga dzieci w rodzinie Piotra Weiner (1891-1976) i Agnieszki zd. Morawietz (1905-1992). Ojciec pracował w Zakładach Siemensa (Czorna Buda) w Raciborzu, matka zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci.
Jadwiga wzrastała w pobożnej rodzinie. Jak napisała:
„rodzice dbali o atmosferę religijną w domu, pielęgnowali modlitwę rano i wieczorem, a w każdą niedzielę rodzina uczestniczyła we Mszy św. i nabożeństwach…. Rodzice dużo czytali i dostarczali nam również do czytania książki o treściach budujących”.
Najmłodsza siostra Jadwigi - Urszula również wstąpiła do zakonu.
W czerwcu 1949 roku Jadwiga ukończyła siedmioklasową szkołę podstawową w rodzinnej miejscowości. Bliższy kontakt ze Zgromadzeniem Sióstr Służebniczek nawiązała przez swoją ciocię - siostrę ojca – siostrę Eduardę Weiner. Siostry Służebniczki posługiwały również w Pietrowicach Wielkich w latach 1925-1954. Mieszkały w Jugendheimie.
Na początku sierpnia 1949 roku Jadwiga odwiedziła swoją ciocię w Marczowie (Dolny Śląsk), gdzie spotkała ówczesną matkę generalną Demetrię Cebula. To spotkanie okazało się dla niej bardzo ważne, gdyż myślała już o życiu zakonnym. Po rozmowie z matką Demetrią pojechała na kilka dni do Wrocławia, by bliżej poznać Zgromadzenie. Po powrocie do domu podjęła decyzję, wybrała drogę życia zakonnego.
Dnia 29 listopada 1949 roku wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej w Porębie, kole Annabergu. Miała wtedy 15 lat.
Przez 5 lat była kandydatką, najpierw w Porębie, a od 1950 roku w domu generalnym we Wrocławiu. Tam wraz z innymi kandydatkami pod opieką siostry Vincencji Sell pomagała w przedszkolu i w kuchni. Mieszkała u sióstr we Wrocławiu Karłowicach i rozpoczęła czteroletnie Studium Katechetyczno-Wychowawcze w Instytucie Katolickim.
Dnia 21 lipca 1954 roku, wraz z ośmioma innymi kandydatkami Jadwiga została przyjęta do nowicjatu w Porębie. Kandydatki ubrane w białe suknie i długie welony, otrzymały habit z różańcem, welon zakonny i Konstytucje. Dzień obłóczyn, w którym otrzymała imię zakonne Dominika, wspominała jako bardzo podniosły. W tym dniu obecna była jej rodzina.
Niestety po kilkunastu dniach odezwała się brutalna rzeczywistość Polski komunistycznej - siostry zostały wysiedlone do obozu pracy w Stadnikach w woj. krakowskim.
[3 sierpnia 1954 roku władze zlikwidowały ponad 300 domów zakonnych z województw: opolskiego, wrocławskiego i katowickiego. Wysiedlono przeszło 1300 sióstr i uwięziono w zajętych wcześniej obiektach klasztornych zamienionych na obozy pracy przymusowej. Obozy funkcjonowały do grudnia 1956 roku].
Siostra Dominika pomimo trudnych warunków życia wspominała dobrze ten czas i to tam złożyła pierwsze śluby zakonne:
„Pierwsza profesja była w Stadnikach, bez żadnych gości, było skromnie, ale bardzo głęboko ją przeżyłam”.
c.d.n.
Bruno Stojer
List (część 1)
Paul Schebesta (1887–1967), jedyny mieszkaniec Pietrowic, o którym wspominają encyklopedie pisane w językach polskim, niemieckim i czeskim.
Był misjonarzem zgromadzenia księży werbistów. W czasie swojej pracy misyjnej pośród ludów Afryki zajmował się naukowo ich językiem i kulturą. Pracował wśród Pigmejów, opracował ich kulturę, życie, obyczaje.
W otwartej 7.10.2025 roku wystawie w Muzeum Misyjno-etnograficznym księży Werbistów w Pieniężnie tak o nim napisano:
„Prezentując postać o. Paula Schebesty SVD chcieliśmy pokazać na jego przykładzie specyficzną tożsamość misjonarzy werbistów pochodzących ze Śląska i urodzonych przed rokiem 1945, którzy podejmując pracę na misjach okazali szczególną empatię do misjonowanych ludów, kładąc akcent na poszanowanie ich języków i kultur. Będąc bowiem wychowani w środowisku dwujęzycznym i wielokulturowym potrafili lepiej zrozumieć sytuację kolonizowanych, pielęgnować ducha otwartości i dialogu”.
Paul urodził się 20 marca 1887 roku na Małej Stranie. Jego ojciec Anton Schebesta prowadził niewielkie gospodarstwo rolne, był też kościelnym śpiewokiem. Stąd przydomek tej rodziny – Śpiewok. Miał siedmioro rodzeństwa.
Anton zginął na froncie I wojny światowej i wdowa Joanna po raz drugi wyszła za mąż za Paula Paleta. Najstarsza siostra Paula – Beate była zakonnicą w klasztorze Elżbietanek w Nysie i tam w 1945 roku została zamordowana przez wojska sowieckie. Jego starszy brat Józef też był księdzem misjonarzem, zginął w czasie II wojny światowej w 1944 roku jako jeniec na japońskim okręcie na wodach koło Nowej Gwinei.
W archiwum parafialnym znajduje się list będący odpowiedzią na wcześniejszy list ówczesnego nowego ks. proboszcza Ludwika Dziecha, który przybył do parafii w lutym 1964 roku. Ks. Dziech chciał by w założonej i pisanej przez niego kronice parafialnej były parafianin Paweł Schebesta podzielił się swoimi wspomnieniami. I tak ks. dr Paul Schebesta pisze do ks. proboszcza Ludwika Dziecha.
(Tłumaczone z języka niemieckiego.)
Przewielebny Księże Proboszczu!
St. Gabriel [Wiedeń], 6 stycznia 1965
List księdza był dla mnie miłą niespodzianką. Jest mi niezmiernie miło dowiedzieć się od odpowiedzialnego miejscowego religijnego autorytetu, jak obecnie wygląda sytuacja w mojej rodzinnej miejscowości i że przyszłość zapowiada się pozytywniej niż w minionych latach, o ile jestem dobrze poinformowany o Waszej sytuacji.
Wraz z Księdza pismem otrzymałem list od mojej bratanicy Agnes Paleta [z domu Schebesta]; obydwa pisma zapraszają mnie do odwiedzenia rodzinnych stron. Niestety, kontakt z ojczyzną (Heimat) od czasu niepokojów nazistowskich utraciłem i wydarzenia z tego czasu tak mnie zirytowały, że czerwona nić która wiązała mnie z ojczyzną została zerwana.
Proszę zważyć, że ojczyznę pamiętam z czasów, kiedy Pietrowice były częścią kraju Hulczyńskiego, będącego enklawą z dialektem morawskim, którego starałem się strzec i zachować razem z pewną liczbą duchownych z tegoż kraju, mianowicie w czasie intensywnie prowadzonej germanizacji. O tym obecne generacje w Pietrowicach wiedzą niewiele, być może wielu dzisiaj starych ludzi w Pietrowicach stało po drugiej stronie, w każdym razie generacja pięćdziesięciolatków i starsi.
Teraz tak mimochodem. Historia ma swój bieg i każda ludność pogranicza ma niestety złe doświadczenia. Jest pędzona z jednej narodowości do drugiej, z jednego języka do drugiego i niestety podupada.
c.d.n.
Opracował Bruno Stojer
Natomiast religia była solidnie umocowana, lud zacny i pobożny dopóki zawirowania lat dwudziestych nie przyniosły niepokoju i niezadowolenia.
Na odwiedziny stron rodzinnych nie mogę się właściwie zdecydować; nie odnalazłbym się tam. Videbimus rem! Zobaczymy!
Nie wiedziałem, że archiwum kościelne zostało zniszczone. Księdza zamiar napisania kroniki miejscowości odnotowuję jako godny pochwały i byłbym gotów, o ile moje wspomnienia są wystarczające, chętnie nimi się podzielić.
Poruszył ksiądz sprawę wielu powołań kapłańskich, którymi Pietrowice mogą się szczycić. Ten fenomen też zwrócił moją uwagę i zmusił mnie do przyjrzenia się okolicznościom, które się do tego przyczyniły.
Trzeba pamiętać, że przed rokiem 1900, w którym to pierwsi kandydaci wstąpili do seminarium, długie lata nie było żadnych powołań. Był jeden, nie poznałem go nigdy, on też się nigdy nie pokazał w Pietrowicach, był z rodziny Pientka [zapewne chodzi o Józefa Pientka ur. w 1836 w Pietrowicach, syna Józefa i Franciszki z domu Labud, po studiach teologicznych we Wrocławiu został tam wyświęcony w 1863 roku, najpierw był wikarym w Pietrowicach za czasów proboszcza Karola Burona, potem był administratorem parafii w Beneszowie, następnie w Wielkich Hoszczycach a w 1888 roku został proboszczem w Hulczynie] przydomek Labud, z Małej Strany [ul. Wyzwolenia].
Nie wiem też, gdzie był proboszczem. Jako pierwszego, znałem proboszcza Koschany-ego, ale wtedy byłem małym chłopcem, potem przyszedł Kamradek, były prefekt szkoły w Kromieryżu, po nim już Weidler, który długo jako wikary czekał na probostwo. Co potem było, wie ksiądz lepiej niż ja.
Również z wikarych poznałem niemało: Wolny, Kaschny, Harazim, Peschka, potem jeden, który później został proboszczem w Stepankowicach, jego nazwiska nie pamiętam, potem młodsi, przede wszystkim Weidler itd.
Kamradek publicznie w kościele przeciwstawiał się próbie germanizacji, jak sobie przypominam z pewnego zdarzenia, był zdania, że naród powinien celebrować nabożeństwa w języku ojczystym. Przy tym Kamradek nie był z natury wojownikiem, był powściągliwy, raczej stroniący od ludzi człowiekiem ducha i umysłu.
O ile moja pamięć będzie wystarczająca, chętnie spróbuję odpowiedzieć na pytania. Wierzę, że jest jeszcze we wsi parę starych, sumiennych ludzi, którzy mogą służyć swymi wspomnieniami, jednak w mniejszym stopniu z takimi, które mają związek z probostwem.
Tyle na dzisiaj. Jeszcze raz serdecznie dziękuję za sympatyczny list i życzę, żeby Księdzu się udało ożywić solidną religijność, jaka kiedyś we wsi była.
Z najlepszymi życzeniami i pozdrowieniami.
Podpis.
Dwie linijki odręcznego dopisku nie zostały odczytane.
Stempel: Dr Paul Schebesta, St. Gabriel-Mödling, Austria.
W nawiasach [ ] są dopiski autora.
Maria Kubiczek i Bruno Stojer
PS. Za półtorej roku od napisania tego listu ks. dr Paweł Schebesta umiera we Wiedniu w wieku 80 lat.
Dnia 3 grudnia 2025 roku byłem w Małych Hosticach, obecnie dzielnicy Opawy, na zajęciach polsko-czeskiego projektu realizowanego przez muzea w Raciborzu i Opawie. Tam, w szykownej sali urządzonej w starej stodole, Anna Pohařálková, pracownik muzeum w Ostrawie, miała wykład na temat zwyczajów bożonarodzeniowych na Hulczyńsku.
Do przeszło pięćdziesięciu wiosek Kraiku Hulczyńskiego można zaliczyć również prawobrzeżne (względem rzeki Cyny) miejscowości gminy Pietrowice Wielkie, takie jak Samborowice, Pietrowice i Gródczanki. Ku mojemu zaskoczeniu nazwa Pietrowice (Velké Petrovice) pojawiła się na ekranie wykładowczyni.
Pani Anna cytowała książkę Jana Vyhlídala Z hlučínského a hlubčického kraje (Brno 1927). Na stronie 116 rozpoczyna się tam artykuł pt. Vánoční svátky v pruských Velkých Petrovicích (Święta Bożego Narodzenia w pruskich Wielkich Pietrowicach). Autor sporządził swoje zapiski w 1895 roku. Na końcu artykułu, omawiającego Boże Narodzenie w naszej wiosce, na stronie 120, zamieszczona jest petrovska kolęda, która w przekazie ustnym nie przetrwała do naszych czasów:
Jozef, mój kochany Jozef! Już hodzina już nastala
Że se ma Jeżisz narodzić mój kochany
Panno, moja sliczna panno do czeho polożime
Dy kolibeczky ne mame sliczna panno
Do czeho ho povineme dy povijaczka ne mame
To do moich do fertuszku a do Twoich do paseczku
Coż se to tam v polu beli nejsu to z neba andeli ?
Klaszterne to panny idu co dzicjatko vitać budu.
I tak po tylu latach słowa kolędy się ziściły — nasze białe siostry zakonne z klasztoru Sióstr Zawierzanek witają Dzieciątko Boże w stajence.
Aby ułatwić polskiemu czytelnikowi odbiór tekstu: č zapisano jako cz, ř jako rz, ž jako ż, š jako sz — zgodnie z polskim odpowiednikiem fonetycznym.
Pani Anna — co jest rzadkością wśród pracowników naukowych muzeów — przy akompaniamencie skrzypiec i harmonii również zaśpiewała naszą starą petrovską kolędę. Inne morawskie pastorałki przetrwały w Pietrowicach do naszych czasów.
Bruno Stojer
PS. Jan Vyhlídal (1861–1937) — katolicki czeski ksiądz z diecezji ołomunieckiej, etnograf i publicysta. Był także proboszczem w jednej z wiosek niedaleko Opawy.